Dudkowe retrospekcje – Smutna historia dudkowej rodziny.

Dudki w moich okolicach występują w dość dużym zagęszczeniu. Przez ostatnie kilka lat zlokalizowałem kilkanaście dudkowych rewirów. Jeden znich znajdował się wśród pól otoczonych lasem. Ten rewir zajęty był przez ptaki przez co najmniej 5 lat. Gniazdo zlokalizowane było w starej, samotnie rosnącej jabłoni. Dudkom wcele nie przeszkadzała obecność rolnika, który w sezonie codziennie przyjeżdżał podlewać swój ogródek zlokalizowany w sądziedztwie „dudkowego” drzewa.

Dziupla użytkowana przez kilka sezonów, a znajdująca się w wypruchniałym konarze jabłoni, była już mocno sfatygowana, co wróżyło jej rychły koniec. Dostęp do gniazda możliwy był z trzech stron – główne wejście, wykonane przez dzięcioła, znajdowało się na wysokości około 2 metrów, nad nim dostęp poprzez wypróchniały konar oraz trzecia droga – poniżej głównego wejścia przez wypróchniałą dziurę, przez którą można było zobaczyć jaja, a potem młode dudki.

Sytuacja, o której piszę wydarzyła się w 2012 roku w czerwcu. Jak co roku dudki przystąpiły do lęgów pod koniec kwietnia. Złożyły jaja, a po wykluciu piskląt wytrwale pracowały nad wychowaniem potomstwa. Uwijały się przy wychowaniu młodych nie bacząc na obecność wspomnianego wcześniej rolnika, czy też mojego namiotu, z którego je fotografowałem.

Pewnego ciepłego, czerwcowego popołudnia obserwowałem jak dorosłe ptaki karmią dorastające młode. Widok ten cieszył mnie ogromnie, bo oznaczało to, że lęg zakończy się sukcesem, a ja będę miał okazję zrobić kilka ładnch ujęć karmiących w locie ptaków.

Następnego popołudnia znów udałem się w dudkowy rewir, w którym spędziłem już w tym sezonie wiele godzin. Obmyśliłem kolejną koncepcję na fotografowanie. Postanowiłem zdalnie wyzwalać migawkę aparatu wycelowanego w kołek, na którym dudki chętnie przysiadały przed karmieniem. Rozstawiłem sprzęt, a sam ukryłem się 50 metrów dalej przez lornetkę obserwując okolicę. Przez pierwszą godzinę słyszałem jedynie dudkowe ‚hup hup”, jednak żaden z dorosłych ptaków nie zbliżył się do dziupli. Nie było także widać młodych dudków, tak chętnie wystawiających łebki w oczekiwaniu na rodziców z pokarmem.

Zaniepokojony sytuacją podszedłem do drzewa. Od razu zauważyłem przy głównym otworze odłupany kawałek kory. Zajrzałem przez dolny otwór do dziupli – była pusta! Zacząłem oględziny miejsca i zawuażyłem, że na ziemi leży sporo wydłubanego próchna. Spojrzałem do góry i już wiedziałem co się stało – w nocy rozegrała się w tym miejscu tragedia. Jakiś drapieżnik, pewnie kuna, namierzyła dudkową rodzinę. Nie mogąc dostać się do środka przez otwór wykuty przez dzięcioła zaczęła poszukiwać innego sposobu i zapewne natrafiła na wypróchniały otwór w górnej części konaru. Powiększyła sobie dziurę wydłubując miękkie próchno… Młode dudki nie zdołały ujść z życiem, dorosłe uniknęły ich losu, ale nie powróciły w kolejnym sezonie do starej jabłoni…